tvn24_1

nowy wpis bez dodawania ikony

bez ikony wpisu

 

** wpis zablokowany **

** wpis zablokowany **

polecany 1

Penguins1qwerty1

poniedziałek

br br

To jeest test linku
http://www.supportart.pl/
kod jest poprawny

test notkiq

qwertyu

 

 

qwerty

 

test

 

 

Forbes: Mdli Cię na myśl o oceanie?

Adam Hamerlik: Skąd. Ciągnie mnie do wody. Zapisałem się na zajęcia do klubu wioślarskiego. Buduję kajak. Myślałem, że wypływam się na Atlantyku i będę miał dość na dłuższy czas, ale chce mi się pływać jeszcze bardziej niż przed rejsem.

Stresowałeś się przed wyprawą?

Tak, ale nie z powodu samego wyzwania, jakie nas czekało, lecz z uwagi na kwestie organizacyjne. Było ich tyle, że nie miałem czasu zastanawiać się nad przebiegiem rejsu. O godz. 10.00 miałem samolot do Lizbony, a jeszcze o godz. 8.00 załatwiałem ubezpieczenie łódki. Ostatecznie i tak nasz jacht ubezpieczony był tylko w porcie i 10 mil od niego. Potem płynęliśmy na własne ryzyko.

A podczas rejsu towarzyszył Ci stres?

Stres i autentyczny strach. Nigdy tak się nie bałem, jak na początku rejsu.

Łódź miała być niezatapialna i niewywracalna. Wańka-wstańka.

Przy założeniu, że wraz z bagażem, prowiantem i załogą będzie ważyć do 850 kilogramów. Wówczas miała utrzymywać się na powierzchni nawet wypełniona wodą. Ale wszystkie łódki startujące w regatach – choć były robione zgodnie z dokumentacją – ważyły w okolicach tony. „Still Crazy II” z nami na pokładzie i w pełni zaprowiantowana ważyła trochę ponad tonę. Długo miałem w tyle głowy, że jak się położy, to może nie wstać. Zwłaszcza w drodze z Lizbony do Sagres, jeszcze przed właściwym rozpoczęciem rejsu, kiedy przez pogodę najbardziej dostaliśmy w kość. Było to tylko 140 mil morskich, ale przez okolicę, która jest rajem dla surferów. Fale były strome, wysokie (sięgające pięciu metrów) i kąśliwe. Nocą temperatura spadała do 5-8 stopni Celsjusza, a nam nie działał samoster, więc przez cały czas musieliśmy siedzieć w kokpicie.

Popłynęliście z niedziałającym samosterem?

Niesprawdzonym. Jak go sprawdziliśmy, okazało się, że ma kilka wad wrodzonych. W trakcie wyprawy parokrotnie go naprawialiśmy. Ostatecznie przerobiliśmy go na zupełnie nowy model i zaczął działać poprawnie.

Pierwsza część rejsu – z Portugalii na Wyspy Kanaryjskie – była krótsza, ale trudniejsza ze względu na warunki. Druga – z Kanarów na Martynikę – była długa, ale łatwiejsza, płynęliście ze sprzyjającym wiatrem. To były dwa rejsy w jednym?

Dla mnie to jedna zamknięta opowieść. Pierwszy etap był rozpoznaniem walką. Poznawaliśmy siebie i łódkę, którą przez ostatnie dwa lata budowałem z Piotrem Poprawskim (przyjaciel Adama Hamerlika nieoczekiwanie zmarł na niedługo przed startem rejsu; w ostatniej chwili zastąpił go Olek Hanusz – red.). Kiedy wylądowaliśmy na Kanarach, Olek relaksował się w koszulce z krótkim rękawem, a ja siedziałem w czapce i polarze. Trząsłem się z zimna. Tak ze mnie schodziły emocje. Przy drugim etapie miałem już większe zaufanie do swoich umiejętności i jachtu, ale to też nie była sielanka. Przez dwie trzecie trasy płynęliśmy z wiatrem wiejącym z prędkością 25-30 węzłów (46-56 km/h), a ja zastanawiałem się, kiedy coś się urwie i nasz maszt się położy – bo przecież musi się urwać. W przeciwieństwie do niektórych nie mam przekonania, że jak sam coś zbuduję, to będzie to najlepsze na świecie. Ale z każdym dniem zyskiwałem pewność, że nasza łódka jest niezniszczalna. W trakcie całej wyprawy złamał nam się jedynie pełzacz, maleńki plastikowy element, który wkłada się do masztu, a następnie przymocowuje się do niego żagiel. Wart jakieś 3 złote. Wymiana trwała całe 15 minut.

Jak żyje się w 5-metrowej łódce z kokpitem i kabiną, w której dwóch dorosłych facetów ma do dyspozycji 2 metry kwadratowe?

Ciasno. Musieliśmy nauczyć się żyć na tak małej przestrzeni. Dwóch facetów stanowi bardzo dużą część masy całej łódki. Gdy leżeliśmy na swoich burtach, płynęła bez zarzutów. Ale gdy chciałem zrobić kawę, a do tego musiałem usiąść, zmieniało się rozłożenie ciężaru i łódka zaczynała skręcać. Gdy któryś z nas szedł się załatwić i udawał się z wiaderkiem do kokpitu, to drugi nie mógł leżeć na swojej koi, lecz musiał znaleźć się z nim w tej samej osi. Potrzebna była idealna synchronizacja.

Jak spędzaliście czas na oceanie?

Sporo spaliśmy. Jeszcze więcej czytaliśmy. Mieliśmy audiobooki, czytnik i kilka egzemplarzy papierowych książek. W trakcie 26 dni, które zajęło nam przepłynięcie z Kanarów na Martynikę, przeczytałem 14 tytułów. Czytałem w zasadzie wszystko, co mi wpadło w ręce. Podczas wyprawy zamoczyliśmy laptopa, na którym mieliśmy filmy, książki i muzykę, i w efekcie pod koniec rejsu przeczytałem nawet instrukcje do wszystkich urządzeń, które mieliśmy na jachcie. Mieliśmy małe rytuały, które prowadziły nas przez kolejne dni.

Forbes: Mdli Cię na myśl o oceanie?

Adam Hamerlik: Skąd. Ciągnie mnie do wody. Zapisałem się na zajęcia do klubu wioślarskiego. Buduję kajak. Myślałem, że wypływam się na Atlantyku i będę miał dość na dłuższy czas, ale chce mi się pływać jeszcze bardziej niż przed rejsem.

Stresowałeś się przed wyprawą?

Tak, ale nie z powodu samego wyzwania, jakie nas czekało, lecz z uwagi na kwestie organizacyjne. Było ich tyle, że nie miałem czasu zastanawiać się nad przebiegiem rejsu. O godz. 10.00 miałem samolot do Lizbony, a jeszcze o godz. 8.00 załatwiałem ubezpieczenie łódki. Ostatecznie i tak nasz jacht ubezpieczony był tylko w porcie i 10 mil od niego. Potem płynęliśmy na własne ryzyko.

A podczas rejsu towarzyszył Ci stres?

Stres i autentyczny strach. Nigdy tak się nie bałem, jak na początku rejsu.

Łódź miała być niezatapialna i niewywracalna. Wańka-wstańka.

Przy założeniu, że wraz z bagażem, prowiantem i załogą będzie ważyć do 850 kilogramów. Wówczas miała utrzymywać się na powierzchni nawet wypełniona wodą. Ale wszystkie łódki startujące w regatach – choć były robione zgodnie z dokumentacją – ważyły w okolicach tony. „Still Crazy II” z nami na pokładzie i w pełni zaprowiantowana ważyła trochę ponad tonę. Długo miałem w tyle głowy, że jak się położy, to może nie wstać. Zwłaszcza w drodze z Lizbony do Sagres, jeszcze przed właściwym rozpoczęciem rejsu, kiedy przez pogodę najbardziej dostaliśmy w kość. Było to tylko 140 mil morskich, ale przez okolicę, która jest rajem dla surferów. Fale były strome, wysokie (sięgające pięciu metrów) i kąśliwe. Nocą temperatura spadała do 5-8 stopni Celsjusza, a nam nie działał samoster, więc przez cały czas musieliśmy siedzieć w kokpicie.

Popłynęliście z niedziałającym samosterem?

Niesprawdzonym. Jak go sprawdziliśmy, okazało się, że ma kilka wad wrodzonych. W trakcie wyprawy parokrotnie go naprawialiśmy. Ostatecznie przerobiliśmy go na zupełnie nowy model i zaczął działać poprawnie.

Pierwsza część rejsu – z Portugalii na Wyspy Kanaryjskie – była krótsza, ale trudniejsza ze względu na warunki. Druga – z Kanarów na Martynikę – była długa, ale łatwiejsza, płynęliście ze sprzyjającym wiatrem. To były dwa rejsy w jednym?

Dla mnie to jedna zamknięta opowieść. Pierwszy etap był rozpoznaniem walką. Poznawaliśmy siebie i łódkę, którą przez ostatnie dwa lata budowałem z Piotrem Poprawskim (przyjaciel Adama Hamerlika nieoczekiwanie zmarł na niedługo przed startem rejsu; w ostatniej chwili zastąpił go Olek Hanusz – red.). Kiedy wylądowaliśmy na Kanarach, Olek relaksował się w koszulce z krótkim rękawem, a ja siedziałem w czapce i polarze. Trząsłem się z zimna. Tak ze mnie schodziły emocje. Przy drugim etapie miałem już większe zaufanie do swoich umiejętności i jachtu, ale to też nie była sielanka. Przez dwie trzecie trasy płynęliśmy z wiatrem wiejącym z prędkością 25-30 węzłów (46-56 km/h), a ja zastanawiałem się, kiedy coś się urwie i nasz maszt się położy – bo przecież musi się urwać. W przeciwieństwie do niektórych nie mam przekonania, że jak sam coś zbuduję, to będzie to najlepsze na świecie. Ale z każdym dniem zyskiwałem pewność, że nasza łódka jest niezniszczalna. W trakcie całej wyprawy złamał nam się jedynie pełzacz, maleńki plastikowy element, który wkłada się do masztu, a następnie przymocowuje się do niego żagiel. Wart jakieś 3 złote. Wymiana trwała całe 15 minut.

Jak żyje się w 5-metrowej łódce z kokpitem i kabiną, w której dwóch dorosłych facetów ma do dyspozycji 2 metry kwadratowe?

Ciasno. Musieliśmy nauczyć się żyć na tak małej przestrzeni. Dwóch facetów stanowi bardzo dużą część masy całej łódki. Gdy leżeliśmy na swoich burtach, płynęła bez zarzutów. Ale gdy chciałem zrobić kawę, a do tego musiałem usiąść, zmieniało się rozłożenie ciężaru i łódka zaczynała skręcać. Gdy któryś z nas szedł się załatwić i udawał się z wiaderkiem do kokpitu, to drugi nie mógł leżeć na swojej koi, lecz musiał znaleźć się z nim w tej samej osi. Potrzebna była idealna synchronizacja.

Jak spędzaliście czas na oceanie?

Sporo spaliśmy. Jeszcze więcej czytaliśmy. Mieliśmy audiobooki, czytnik i kilka egzemplarzy papierowych książek. W trakcie 26 dni, które zajęło nam przepłynięcie z Kanarów na Martynikę, przeczytałem 14 tytułów. Czytałem w zasadzie wszystko, co mi wpadło w ręce. Podczas wyprawy zamoczyliśmy laptopa, na którym mieliśmy filmy, książki i muzykę, i w efekcie pod koniec rejsu przeczytałem nawet instrukcje do wszystkich urządzeń, które mieliśmy na jachcie. Mieliśmy małe rytuały, które prowadziły nas przez kolejne dni.

Forbes: Mdli Cię na myśl o oceanie?

Adam Hamerlik: Skąd. Ciągnie mnie do wody. Zapisałem się na zajęcia do klubu wioślarskiego. Buduję kajak. Myślałem, że wypływam się na Atlantyku i będę miał dość na dłuższy czas, ale chce mi się pływać jeszcze bardziej niż przed rejsem.

Stresowałeś się przed wyprawą?

Tak, ale nie z powodu samego wyzwania, jakie nas czekało, lecz z uwagi na kwestie organizacyjne. Było ich tyle, że nie miałem czasu zastanawiać się nad przebiegiem rejsu. O godz. 10.00 miałem samolot do Lizbony, a jeszcze o godz. 8.00 załatwiałem ubezpieczenie łódki. Ostatecznie i tak nasz jacht ubezpieczony był tylko w porcie i 10 mil od niego. Potem płynęliśmy na własne ryzyko.

A podczas rejsu towarzyszył Ci stres?

Stres i autentyczny strach. Nigdy tak się nie bałem, jak na początku rejsu.

Łódź miała być niezatapialna i niewywracalna. Wańka-wstańka.

Przy założeniu, że wraz z bagażem, prowiantem i załogą będzie ważyć do 850 kilogramów. Wówczas miała utrzymywać się na powierzchni nawet wypełniona wodą. Ale wszystkie łódki startujące w regatach – choć były robione zgodnie z dokumentacją – ważyły w okolicach tony. „Still Crazy II” z nami na pokładzie i w pełni zaprowiantowana ważyła trochę ponad tonę. Długo miałem w tyle głowy, że jak się położy, to może nie wstać. Zwłaszcza w drodze z Lizbony do Sagres, jeszcze przed właściwym rozpoczęciem rejsu, kiedy przez pogodę najbardziej dostaliśmy w kość. Było to tylko 140 mil morskich, ale przez okolicę, która jest rajem dla surferów. Fale były strome, wysokie (sięgające pięciu metrów) i kąśliwe. Nocą temperatura spadała do 5-8 stopni Celsjusza, a nam nie działał samoster, więc przez cały czas musieliśmy siedzieć w kokpicie.

Popłynęliście z niedziałającym samosterem?

Niesprawdzonym. Jak go sprawdziliśmy, okazało się, że ma kilka wad wrodzonych. W trakcie wyprawy parokrotnie go naprawialiśmy. Ostatecznie przerobiliśmy go na zupełnie nowy model i zaczął działać poprawnie.

Pierwsza część rejsu – z Portugalii na Wyspy Kanaryjskie – była krótsza, ale trudniejsza ze względu na warunki. Druga – z Kanarów na Martynikę – była długa, ale łatwiejsza, płynęliście ze sprzyjającym wiatrem. To były dwa rejsy w jednym?

Dla mnie to jedna zamknięta opowieść. Pierwszy etap był rozpoznaniem walką. Poznawaliśmy siebie i łódkę, którą przez ostatnie dwa lata budowałem z Piotrem Poprawskim (przyjaciel Adama Hamerlika nieoczekiwanie zmarł na niedługo przed startem rejsu; w ostatniej chwili zastąpił go Olek Hanusz – red.). Kiedy wylądowaliśmy na Kanarach, Olek relaksował się w koszulce z krótkim rękawem, a ja siedziałem w czapce i polarze. Trząsłem się z zimna. Tak ze mnie schodziły emocje. Przy drugim etapie miałem już większe zaufanie do swoich umiejętności i jachtu, ale to też nie była sielanka. Przez dwie trzecie trasy płynęliśmy z wiatrem wiejącym z prędkością 25-30 węzłów (46-56 km/h), a ja zastanawiałem się, kiedy coś się urwie i nasz maszt się położy – bo przecież musi się urwać. W przeciwieństwie do niektórych nie mam przekonania, że jak sam coś zbuduję, to będzie to najlepsze na świecie. Ale z każdym dniem zyskiwałem pewność, że nasza łódka jest niezniszczalna. W trakcie całej wyprawy złamał nam się jedynie pełzacz, maleńki plastikowy element, który wkłada się do masztu, a następnie przymocowuje się do niego żagiel. Wart jakieś 3 złote. Wymiana trwała całe 15 minut.

Jak żyje się w 5-metrowej łódce z kokpitem i kabiną, w której dwóch dorosłych facetów ma do dyspozycji 2 metry kwadratowe?

Ciasno. Musieliśmy nauczyć się żyć na tak małej przestrzeni. Dwóch facetów stanowi bardzo dużą część masy całej łódki. Gdy leżeliśmy na swoich burtach, płynęła bez zarzutów. Ale gdy chciałem zrobić kawę, a do tego musiałem usiąść, zmieniało się rozłożenie ciężaru i łódka zaczynała skręcać. Gdy któryś z nas szedł się załatwić i udawał się z wiaderkiem do kokpitu, to drugi nie mógł leżeć na swojej koi, lecz musiał znaleźć się z nim w tej samej osi. Potrzebna była idealna synchronizacja.

Jak spędzaliście czas na oceanie?

Sporo spaliśmy. Jeszcze więcej czytaliśmy. Mieliśmy audiobooki, czytnik i kilka egzemplarzy papierowych książek. W trakcie 26 dni, które zajęło nam przepłynięcie z Kanarów na Martynikę, przeczytałem 14 tytułów. Czytałem w zasadzie wszystko, co mi wpadło w ręce. Podczas wyprawy zamoczyliśmy laptopa, na którym mieliśmy filmy, książki i muzykę, i w efekcie pod koniec rejsu przeczytałem nawet instrukcje do wszystkich urządzeń, które mieliśmy na jachcie. Mieliśmy małe rytuały, które prowadziły nas przez kolejne dni.

Forbes: Mdli Cię na myśl o oceanie?

Adam Hamerlik: Skąd. Ciągnie mnie do wody. Zapisałem się na zajęcia do klubu wioślarskiego. Buduję kajak. Myślałem, że wypływam się na Atlantyku i będę miał dość na dłuższy czas, ale chce mi się pływać jeszcze bardziej niż przed rejsem.

Stresowałeś się przed wyprawą?

Tak, ale nie z powodu samego wyzwania, jakie nas czekało, lecz z uwagi na kwestie organizacyjne. Było ich tyle, że nie miałem czasu zastanawiać się nad przebiegiem rejsu. O godz. 10.00 miałem samolot do Lizbony, a jeszcze o godz. 8.00 załatwiałem ubezpieczenie łódki. Ostatecznie i tak nasz jacht ubezpieczony był tylko w porcie i 10 mil od niego. Potem płynęliśmy na własne ryzyko.

A podczas rejsu towarzyszył Ci stres?

Stres i autentyczny strach. Nigdy tak się nie bałem, jak na początku rejsu.

Łódź miała być niezatapialna i niewywracalna. Wańka-wstańka.

Przy założeniu, że wraz z bagażem, prowiantem i załogą będzie ważyć do 850 kilogramów. Wówczas miała utrzymywać się na powierzchni nawet wypełniona wodą. Ale wszystkie łódki startujące w regatach – choć były robione zgodnie z dokumentacją – ważyły w okolicach tony. „Still Crazy II” z nami na pokładzie i w pełni zaprowiantowana ważyła trochę ponad tonę. Długo miałem w tyle głowy, że jak się położy, to może nie wstać. Zwłaszcza w drodze z Lizbony do Sagres, jeszcze przed właściwym rozpoczęciem rejsu, kiedy przez pogodę najbardziej dostaliśmy w kość. Było to tylko 140 mil morskich, ale przez okolicę, która jest rajem dla surferów. Fale były strome, wysokie (sięgające pięciu metrów) i kąśliwe. Nocą temperatura spadała do 5-8 stopni Celsjusza, a nam nie działał samoster, więc przez cały czas musieliśmy siedzieć w kokpicie.

Popłynęliście z niedziałającym samosterem?

Niesprawdzonym. Jak go sprawdziliśmy, okazało się, że ma kilka wad wrodzonych. W trakcie wyprawy parokrotnie go naprawialiśmy. Ostatecznie przerobiliśmy go na zupełnie nowy model i zaczął działać poprawnie.

Pierwsza część rejsu – z Portugalii na Wyspy Kanaryjskie – była krótsza, ale trudniejsza ze względu na warunki. Druga – z Kanarów na Martynikę – była długa, ale łatwiejsza, płynęliście ze sprzyjającym wiatrem. To były dwa rejsy w jednym?

Dla mnie to jedna zamknięta opowieść. Pierwszy etap był rozpoznaniem walką. Poznawaliśmy siebie i łódkę, którą przez ostatnie dwa lata budowałem z Piotrem Poprawskim (przyjaciel Adama Hamerlika nieoczekiwanie zmarł na niedługo przed startem rejsu; w ostatniej chwili zastąpił go Olek Hanusz – red.). Kiedy wylądowaliśmy na Kanarach, Olek relaksował się w koszulce z krótkim rękawem, a ja siedziałem w czapce i polarze. Trząsłem się z zimna. Tak ze mnie schodziły emocje. Przy drugim etapie miałem już większe zaufanie do swoich umiejętności i jachtu, ale to też nie była sielanka. Przez dwie trzecie trasy płynęliśmy z wiatrem wiejącym z prędkością 25-30 węzłów (46-56 km/h), a ja zastanawiałem się, kiedy coś się urwie i nasz maszt się położy – bo przecież musi się urwać. W przeciwieństwie do niektórych nie mam przekonania, że jak sam coś zbuduję, to będzie to najlepsze na świecie. Ale z każdym dniem zyskiwałem pewność, że nasza łódka jest niezniszczalna. W trakcie całej wyprawy złamał nam się jedynie pełzacz, maleńki plastikowy element, który wkłada się do masztu, a następnie przymocowuje się do niego żagiel. Wart jakieś 3 złote. Wymiana trwała całe 15 minut.

Jak żyje się w 5-metrowej łódce z kokpitem i kabiną, w której dwóch dorosłych facetów ma do dyspozycji 2 metry kwadratowe?

Ciasno. Musieliśmy nauczyć się żyć na tak małej przestrzeni. Dwóch facetów stanowi bardzo dużą część masy całej łódki. Gdy leżeliśmy na swoich burtach, płynęła bez zarzutów. Ale gdy chciałem zrobić kawę, a do tego musiałem usiąść, zmieniało się rozłożenie ciężaru i łódka zaczynała skręcać. Gdy któryś z nas szedł się załatwić i udawał się z wiaderkiem do kokpitu, to drugi nie mógł leżeć na swojej koi, lecz musiał znaleźć się z nim w tej samej osi. Potrzebna była idealna synchronizacja.

Jak spędzaliście czas na oceanie?

Sporo spaliśmy. Jeszcze więcej czytaliśmy. Mieliśmy audiobooki, czytnik i kilka egzemplarzy papierowych książek. W trakcie 26 dni, które zajęło nam przepłynięcie z Kanarów na Martynikę, przeczytałem 14 tytułów. Czytałem w zasadzie wszystko, co mi wpadło w ręce. Podczas wyprawy zamoczyliśmy laptopa, na którym mieliśmy filmy, książki i muzykę, i w efekcie pod koniec rejsu przeczytałem nawet instrukcje do wszystkich urządzeń, które mieliśmy na jachcie. Mieliśmy małe rytuały, które prowadziły nas przez kolejne dni.

Forbes: Mdli Cię na myśl o oceanie?

Adam Hamerlik: Skąd. Ciągnie mnie do wody. Zapisałem się na zajęcia do klubu wioślarskiego. Buduję kajak. Myślałem, że wypływam się na Atlantyku i będę miał dość na dłuższy czas, ale chce mi się pływać jeszcze bardziej niż przed rejsem.

Stresowałeś się przed wyprawą?

Tak, ale nie z powodu samego wyzwania, jakie nas czekało, lecz z uwagi na kwestie organizacyjne. Było ich tyle, że nie miałem czasu zastanawiać się nad przebiegiem rejsu. O godz. 10.00 miałem samolot do Lizbony, a jeszcze o godz. 8.00 załatwiałem ubezpieczenie łódki. Ostatecznie i tak nasz jacht ubezpieczony był tylko w porcie i 10 mil od niego. Potem płynęliśmy na własne ryzyko.

A podczas rejsu towarzyszył Ci stres?

Stres i autentyczny strach. Nigdy tak się nie bałem, jak na początku rejsu.

Łódź miała być niezatapialna i niewywracalna. Wańka-wstańka.

Przy założeniu, że wraz z bagażem, prowiantem i załogą będzie ważyć do 850 kilogramów. Wówczas miała utrzymywać się na powierzchni nawet wypełniona wodą. Ale wszystkie łódki startujące w regatach – choć były robione zgodnie z dokumentacją – ważyły w okolicach tony. „Still Crazy II” z nami na pokładzie i w pełni zaprowiantowana ważyła trochę ponad tonę. Długo miałem w tyle głowy, że jak się położy, to może nie wstać. Zwłaszcza w drodze z Lizbony do Sagres, jeszcze przed właściwym rozpoczęciem rejsu, kiedy przez pogodę najbardziej dostaliśmy w kość. Było to tylko 140 mil morskich, ale przez okolicę, która jest rajem dla surferów. Fale były strome, wysokie (sięgające pięciu metrów) i kąśliwe. Nocą temperatura spadała do 5-8 stopni Celsjusza, a nam nie działał samoster, więc przez cały czas musieliśmy siedzieć w kokpicie.

Popłynęliście z niedziałającym samosterem?

Niesprawdzonym. Jak go sprawdziliśmy, okazało się, że ma kilka wad wrodzonych. W trakcie wyprawy parokrotnie go naprawialiśmy. Ostatecznie przerobiliśmy go na zupełnie nowy model i zaczął działać poprawnie.

Pierwsza część rejsu – z Portugalii na Wyspy Kanaryjskie – była krótsza, ale trudniejsza ze względu na warunki. Druga – z Kanarów na Martynikę – była długa, ale łatwiejsza, płynęliście ze sprzyjającym wiatrem. To były dwa rejsy w jednym?

Dla mnie to jedna zamknięta opowieść. Pierwszy etap był rozpoznaniem walką. Poznawaliśmy siebie i łódkę, którą przez ostatnie dwa lata budowałem z Piotrem Poprawskim (przyjaciel Adama Hamerlika nieoczekiwanie zmarł na niedługo przed startem rejsu; w ostatniej chwili zastąpił go Olek Hanusz – red.). Kiedy wylądowaliśmy na Kanarach, Olek relaksował się w koszulce z krótkim rękawem, a ja siedziałem w czapce i polarze. Trząsłem się z zimna. Tak ze mnie schodziły emocje. Przy drugim etapie miałem już większe zaufanie do swoich umiejętności i jachtu, ale to też nie była sielanka. Przez dwie trzecie trasy płynęliśmy z wiatrem wiejącym z prędkością 25-30 węzłów (46-56 km/h), a ja zastanawiałem się, kiedy coś się urwie i nasz maszt się położy – bo przecież musi się urwać. W przeciwieństwie do niektórych nie mam przekonania, że jak sam coś zbuduję, to będzie to najlepsze na świecie. Ale z każdym dniem zyskiwałem pewność, że nasza łódka jest niezniszczalna. W trakcie całej wyprawy złamał nam się jedynie pełzacz, maleńki plastikowy element, który wkłada się do masztu, a następnie przymocowuje się do niego żagiel. Wart jakieś 3 złote. Wymiana trwała całe 15 minut.

Jak żyje się w 5-metrowej łódce z kokpitem i kabiną, w której dwóch dorosłych facetów ma do dyspozycji 2 metry kwadratowe?

Ciasno. Musieliśmy nauczyć się żyć na tak małej przestrzeni. Dwóch facetów stanowi bardzo dużą część masy całej łódki. Gdy leżeliśmy na swoich burtach, płynęła bez zarzutów. Ale gdy chciałem zrobić kawę, a do tego musiałem usiąść, zmieniało się rozłożenie ciężaru i łódka zaczynała skręcać. Gdy któryś z nas szedł się załatwić i udawał się z wiaderkiem do kokpitu, to drugi nie mógł leżeć na swojej koi, lecz musiał znaleźć się z nim w tej samej osi. Potrzebna była idealna synchronizacja.

Jak spędzaliście czas na oceanie?

Sporo spaliśmy. Jeszcze więcej czytaliśmy. Mieliśmy audiobooki, czytnik i kilka egzemplarzy papierowych książek. W trakcie 26 dni, które zajęło nam przepłynięcie z Kanarów na Martynikę, przeczytałem 14 tytułów. Czytałem w zasadzie wszystko, co mi wpadło w ręce. Podczas wyprawy zamoczyliśmy laptopa, na którym mieliśmy filmy, książki i muzykę, i w efekcie pod koniec rejsu przeczytałem nawet instrukcje do wszystkich urządzeń, które mieliśmy na jachcie. Mieliśmy małe rytuały, które prowadziły nas przez kolejne dni.

Forbes: Mdli Cię na myśl o oceanie?

Adam Hamerlik: Skąd. Ciągnie mnie do wody. Zapisałem się na zajęcia do klubu wioślarskiego. Buduję kajak. Myślałem, że wypływam się na Atlantyku i będę miał dość na dłuższy czas, ale chce mi się pływać jeszcze bardziej niż przed rejsem.

Stresowałeś się przed wyprawą?

Tak, ale nie z powodu samego wyzwania, jakie nas czekało, lecz z uwagi na kwestie organizacyjne. Było ich tyle, że nie miałem czasu zastanawiać się nad przebiegiem rejsu. O godz. 10.00 miałem samolot do Lizbony, a jeszcze o godz. 8.00 załatwiałem ubezpieczenie łódki. Ostatecznie i tak nasz jacht ubezpieczony był tylko w porcie i 10 mil od niego. Potem płynęliśmy na własne ryzyko.

A podczas rejsu towarzyszył Ci stres?

Stres i autentyczny strach. Nigdy tak się nie bałem, jak na początku rejsu.

Łódź miała być niezatapialna i niewywracalna. Wańka-wstańka.

Przy założeniu, że wraz z bagażem, prowiantem i załogą będzie ważyć do 850 kilogramów. Wówczas miała utrzymywać się na powierzchni nawet wypełniona wodą. Ale wszystkie łódki startujące w regatach – choć były robione zgodnie z dokumentacją – ważyły w okolicach tony. „Still Crazy II” z nami na pokładzie i w pełni zaprowiantowana ważyła trochę ponad tonę. Długo miałem w tyle głowy, że jak się położy, to może nie wstać. Zwłaszcza w drodze z Lizbony do Sagres, jeszcze przed właściwym rozpoczęciem rejsu, kiedy przez pogodę najbardziej dostaliśmy w kość. Było to tylko 140 mil morskich, ale przez okolicę, która jest rajem dla surferów. Fale były strome, wysokie (sięgające pięciu metrów) i kąśliwe. Nocą temperatura spadała do 5-8 stopni Celsjusza, a nam nie działał samoster, więc przez cały czas musieliśmy siedzieć w kokpicie.

Popłynęliście z niedziałającym samosterem?

Niesprawdzonym. Jak go sprawdziliśmy, okazało się, że ma kilka wad wrodzonych. W trakcie wyprawy parokrotnie go naprawialiśmy. Ostatecznie przerobiliśmy go na zupełnie nowy model i zaczął działać poprawnie.

Pierwsza część rejsu – z Portugalii na Wyspy Kanaryjskie – była krótsza, ale trudniejsza ze względu na warunki. Druga – z Kanarów na Martynikę – była długa, ale łatwiejsza, płynęliście ze sprzyjającym wiatrem. To były dwa rejsy w jednym?

Dla mnie to jedna zamknięta opowieść. Pierwszy etap był rozpoznaniem walką. Poznawaliśmy siebie i łódkę, którą przez ostatnie dwa lata budowałem z Piotrem Poprawskim (przyjaciel Adama Hamerlika nieoczekiwanie zmarł na niedługo przed startem rejsu; w ostatniej chwili zastąpił go Olek Hanusz – red.). Kiedy wylądowaliśmy na Kanarach, Olek relaksował się w koszulce z krótkim rękawem, a ja siedziałem w czapce i polarze. Trząsłem się z zimna. Tak ze mnie schodziły emocje. Przy drugim etapie miałem już większe zaufanie do swoich umiejętności i jachtu, ale to też nie była sielanka. Przez dwie trzecie trasy płynęliśmy z wiatrem wiejącym z prędkością 25-30 węzłów (46-56 km/h), a ja zastanawiałem się, kiedy coś się urwie i nasz maszt się położy – bo przecież musi się urwać. W przeciwieństwie do niektórych nie mam przekonania, że jak sam coś zbuduję, to będzie to najlepsze na świecie. Ale z każdym dniem zyskiwałem pewność, że nasza łódka jest niezniszczalna. W trakcie całej wyprawy złamał nam się jedynie pełzacz, maleńki plastikowy element, który wkłada się do masztu, a następnie przymocowuje się do niego żagiel. Wart jakieś 3 złote. Wymiana trwała całe 15 minut.

Jak żyje się w 5-metrowej łódce z kokpitem i kabiną, w której dwóch dorosłych facetów ma do dyspozycji 2 metry kwadratowe?

Ciasno. Musieliśmy nauczyć się żyć na tak małej przestrzeni. Dwóch facetów stanowi bardzo dużą część masy całej łódki. Gdy leżeliśmy na swoich burtach, płynęła bez zarzutów. Ale gdy chciałem zrobić kawę, a do tego musiałem usiąść, zmieniało się rozłożenie ciężaru i łódka zaczynała skręcać. Gdy któryś z nas szedł się załatwić i udawał się z wiaderkiem do kokpitu, to drugi nie mógł leżeć na swojej koi, lecz musiał znaleźć się z nim w tej samej osi. Potrzebna była idealna synchronizacja.

Jak spędzaliście czas na oceanie?

Sporo spaliśmy. Jeszcze więcej czytaliśmy. Mieliśmy audiobooki, czytnik i kilka egzemplarzy papierowych książek. W trakcie 26 dni, które zajęło nam przepłynięcie z Kanarów na Martynikę, przeczytałem 14 tytułów. Czytałem w zasadzie wszystko, co mi wpadło w ręce. Podczas wyprawy zamoczyliśmy laptopa, na którym mieliśmy filmy, książki i muzykę, i w efekcie pod koniec rejsu przeczytałem nawet instrukcje do wszystkich urządzeń, które mieliśmy na jachcie. Mieliśmy małe rytuały, które prowadziły nas przez kolejne dni.

Forbes: Mdli Cię na myśl o oceanie?

Adam Hamerlik: Skąd. Ciągnie mnie do wody. Zapisałem się na zajęcia do klubu wioślarskiego. Buduję kajak. Myślałem, że wypływam się na Atlantyku i będę miał dość na dłuższy czas, ale chce mi się pływać jeszcze bardziej niż przed rejsem.

Stresowałeś się przed wyprawą?

Tak, ale nie z powodu samego wyzwania, jakie nas czekało, lecz z uwagi na kwestie organizacyjne. Było ich tyle, że nie miałem czasu zastanawiać się nad przebiegiem rejsu. O godz. 10.00 miałem samolot do Lizbony, a jeszcze o godz. 8.00 załatwiałem ubezpieczenie łódki. Ostatecznie i tak nasz jacht ubezpieczony był tylko w porcie i 10 mil od niego. Potem płynęliśmy na własne ryzyko.

A podczas rejsu towarzyszył Ci stres?

Stres i autentyczny strach. Nigdy tak się nie bałem, jak na początku rejsu.

Łódź miała być niezatapialna i niewywracalna. Wańka-wstańka.

Przy założeniu, że wraz z bagażem, prowiantem i załogą będzie ważyć do 850 kilogramów. Wówczas miała utrzymywać się na powierzchni nawet wypełniona wodą. Ale wszystkie łódki startujące w regatach – choć były robione zgodnie z dokumentacją – ważyły w okolicach tony. „Still Crazy II” z nami na pokładzie i w pełni zaprowiantowana ważyła trochę ponad tonę. Długo miałem w tyle głowy, że jak się położy, to może nie wstać. Zwłaszcza w drodze z Lizbony do Sagres, jeszcze przed właściwym rozpoczęciem rejsu, kiedy przez pogodę najbardziej dostaliśmy w kość. Było to tylko 140 mil morskich, ale przez okolicę, która jest rajem dla surferów. Fale były strome, wysokie (sięgające pięciu metrów) i kąśliwe. Nocą temperatura spadała do 5-8 stopni Celsjusza, a nam nie działał samoster, więc przez cały czas musieliśmy siedzieć w kokpicie.

Popłynęliście z niedziałającym samosterem?

Niesprawdzonym. Jak go sprawdziliśmy, okazało się, że ma kilka wad wrodzonych. W trakcie wyprawy parokrotnie go naprawialiśmy. Ostatecznie przerobiliśmy go na zupełnie nowy model i zaczął działać poprawnie.

Pierwsza część rejsu – z Portugalii na Wyspy Kanaryjskie – była krótsza, ale trudniejsza ze względu na warunki. Druga – z Kanarów na Martynikę – była długa, ale łatwiejsza, płynęliście ze sprzyjającym wiatrem. To były dwa rejsy w jednym?

Dla mnie to jedna zamknięta opowieść. Pierwszy etap był rozpoznaniem walką. Poznawaliśmy siebie i łódkę, którą przez ostatnie dwa lata budowałem z Piotrem Poprawskim (przyjaciel Adama Hamerlika nieoczekiwanie zmarł na niedługo przed startem rejsu; w ostatniej chwili zastąpił go Olek Hanusz – red.). Kiedy wylądowaliśmy na Kanarach, Olek relaksował się w koszulce z krótkim rękawem, a ja siedziałem w czapce i polarze. Trząsłem się z zimna. Tak ze mnie schodziły emocje. Przy drugim etapie miałem już większe zaufanie do swoich umiejętności i jachtu, ale to też nie była sielanka. Przez dwie trzecie trasy płynęliśmy z wiatrem wiejącym z prędkością 25-30 węzłów (46-56 km/h), a ja zastanawiałem się, kiedy coś się urwie i nasz maszt się położy – bo przecież musi się urwać. W przeciwieństwie do niektórych nie mam przekonania, że jak sam coś zbuduję, to będzie to najlepsze na świecie. Ale z każdym dniem zyskiwałem pewność, że nasza łódka jest niezniszczalna. W trakcie całej wyprawy złamał nam się jedynie pełzacz, maleńki plastikowy element, który wkłada się do masztu, a następnie przymocowuje się do niego żagiel. Wart jakieś 3 złote. Wymiana trwała całe 15 minut.

Jak żyje się w 5-metrowej łódce z kokpitem i kabiną, w której dwóch dorosłych facetów ma do dyspozycji 2 metry kwadratowe?

Ciasno. Musieliśmy nauczyć się żyć na tak małej przestrzeni. Dwóch facetów stanowi bardzo dużą część masy całej łódki. Gdy leżeliśmy na swoich burtach, płynęła bez zarzutów. Ale gdy chciałem zrobić kawę, a do tego musiałem usiąść, zmieniało się rozłożenie ciężaru i łódka zaczynała skręcać. Gdy któryś z nas szedł się załatwić i udawał się z wiaderkiem do kokpitu, to drugi nie mógł leżeć na swojej koi, lecz musiał znaleźć się z nim w tej samej osi. Potrzebna była idealna synchronizacja.

Jak spędzaliście czas na oceanie?

Sporo spaliśmy. Jeszcze więcej czytaliśmy. Mieliśmy audiobooki, czytnik i kilka egzemplarzy papierowych książek. W trakcie 26 dni, które zajęło nam przepłynięcie z Kanarów na Martynikę, przeczytałem 14 tytułów. Czytałem w zasadzie wszystko, co mi wpadło w ręce. Podczas wyprawy zamoczyliśmy laptopa, na którym mieliśmy filmy, książki i muzykę, i w efekcie pod koniec rejsu przeczytałem nawet instrukcje do wszystkich urządzeń, które mieliśmy na jachcie. Mieliśmy małe rytuały, które prowadziły nas przez kolejne dni.

Forbes: Mdli Cię na myśl o oceanie?

Adam Hamerlik: Skąd. Ciągnie mnie do wody. Zapisałem się na zajęcia do klubu wioślarskiego. Buduję kajak. Myślałem, że wypływam się na Atlantyku i będę miał dość na dłuższy czas, ale chce mi się pływać jeszcze bardziej niż przed rejsem.

Stresowałeś się przed wyprawą?

Tak, ale nie z powodu samego wyzwania, jakie nas czekało, lecz z uwagi na kwestie organizacyjne. Było ich tyle, że nie miałem czasu zastanawiać się nad przebiegiem rejsu. O godz. 10.00 miałem samolot do Lizbony, a jeszcze o godz. 8.00 załatwiałem ubezpieczenie łódki. Ostatecznie i tak nasz jacht ubezpieczony był tylko w porcie i 10 mil od niego. Potem płynęliśmy na własne ryzyko.

A podczas rejsu towarzyszył Ci stres?

Stres i autentyczny strach. Nigdy tak się nie bałem, jak na początku rejsu.

Łódź miała być niezatapialna i niewywracalna. Wańka-wstańka.

Przy założeniu, że wraz z bagażem, prowiantem i załogą będzie ważyć do 850 kilogramów. Wówczas miała utrzymywać się na powierzchni nawet wypełniona wodą. Ale wszystkie łódki startujące w regatach – choć były robione zgodnie z dokumentacją – ważyły w okolicach tony. „Still Crazy II” z nami na pokładzie i w pełni zaprowiantowana ważyła trochę ponad tonę. Długo miałem w tyle głowy, że jak się położy, to może nie wstać. Zwłaszcza w drodze z Lizbony do Sagres, jeszcze przed właściwym rozpoczęciem rejsu, kiedy przez pogodę najbardziej dostaliśmy w kość. Było to tylko 140 mil morskich, ale przez okolicę, która jest rajem dla surferów. Fale były strome, wysokie (sięgające pięciu metrów) i kąśliwe. Nocą temperatura spadała do 5-8 stopni Celsjusza, a nam nie działał samoster, więc przez cały czas musieliśmy siedzieć w kokpicie.

Popłynęliście z niedziałającym samosterem?

Niesprawdzonym. Jak go sprawdziliśmy, okazało się, że ma kilka wad wrodzonych. W trakcie wyprawy parokrotnie go naprawialiśmy. Ostatecznie przerobiliśmy go na zupełnie nowy model i zaczął działać poprawnie.

Pierwsza część rejsu – z Portugalii na Wyspy Kanaryjskie – była krótsza, ale trudniejsza ze względu na warunki. Druga – z Kanarów na Martynikę – była długa, ale łatwiejsza, płynęliście ze sprzyjającym wiatrem. To były dwa rejsy w jednym?

Dla mnie to jedna zamknięta opowieść. Pierwszy etap był rozpoznaniem walką. Poznawaliśmy siebie i łódkę, którą przez ostatnie dwa lata budowałem z Piotrem Poprawskim (przyjaciel Adama Hamerlika nieoczekiwanie zmarł na niedługo przed startem rejsu; w ostatniej chwili zastąpił go Olek Hanusz – red.). Kiedy wylądowaliśmy na Kanarach, Olek relaksował się w koszulce z krótkim rękawem, a ja siedziałem w czapce i polarze. Trząsłem się z zimna. Tak ze mnie schodziły emocje. Przy drugim etapie miałem już większe zaufanie do swoich umiejętności i jachtu, ale to też nie była sielanka. Przez dwie trzecie trasy płynęliśmy z wiatrem wiejącym z prędkością 25-30 węzłów (46-56 km/h), a ja zastanawiałem się, kiedy coś się urwie i nasz maszt się położy – bo przecież musi się urwać. W przeciwieństwie do niektórych nie mam przekonania, że jak sam coś zbuduję, to będzie to najlepsze na świecie. Ale z każdym dniem zyskiwałem pewność, że nasza łódka jest niezniszczalna. W trakcie całej wyprawy złamał nam się jedynie pełzacz, maleńki plastikowy element, który wkłada się do masztu, a następnie przymocowuje się do niego żagiel. Wart jakieś 3 złote. Wymiana trwała całe 15 minut.

Jak żyje się w 5-metrowej łódce z kokpitem i kabiną, w której dwóch dorosłych facetów ma do dyspozycji 2 metry kwadratowe?

Ciasno. Musieliśmy nauczyć się żyć na tak małej przestrzeni. Dwóch facetów stanowi bardzo dużą część masy całej łódki. Gdy leżeliśmy na swoich burtach, płynęła bez zarzutów. Ale gdy chciałem zrobić kawę, a do tego musiałem usiąść, zmieniało się rozłożenie ciężaru i łódka zaczynała skręcać. Gdy któryś z nas szedł się załatwić i udawał się z wiaderkiem do kokpitu, to drugi nie mógł leżeć na swojej koi, lecz musiał znaleźć się z nim w tej samej osi. Potrzebna była idealna synchronizacja.

Jak spędzaliście czas na oceanie?

Sporo spaliśmy. Jeszcze więcej czytaliśmy. Mieliśmy audiobooki, czytnik i kilka egzemplarzy papierowych książek. W trakcie 26 dni, które zajęło nam przepłynięcie z Kanarów na Martynikę, przeczytałem 14 tytułów. Czytałem w zasadzie wszystko, co mi wpadło w ręce. Podczas wyprawy zamoczyliśmy laptopa, na którym mieliśmy filmy, książki i muzykę, i w efekcie pod koniec rejsu przeczytałem nawet instrukcje do wszystkich urządzeń, które mieliśmy na jachcie. Mieliśmy małe rytuały, które prowadziły nas przez kolejne dni.

Forbes: Mdli Cię na myśl o oceanie?

Adam Hamerlik: Skąd. Ciągnie mnie do wody. Zapisałem się na zajęcia do klubu wioślarskiego. Buduję kajak. Myślałem, że wypływam się na Atlantyku i będę miał dość na dłuższy czas, ale chce mi się pływać jeszcze bardziej niż przed rejsem.

Stresowałeś się przed wyprawą?

Tak, ale nie z powodu samego wyzwania, jakie nas czekało, lecz z uwagi na kwestie organizacyjne. Było ich tyle, że nie miałem czasu zastanawiać się nad przebiegiem rejsu. O godz. 10.00 miałem samolot do Lizbony, a jeszcze o godz. 8.00 załatwiałem ubezpieczenie łódki. Ostatecznie i tak nasz jacht ubezpieczony był tylko w porcie i 10 mil od niego. Potem płynęliśmy na własne ryzyko.

A podczas rejsu towarzyszył Ci stres?

Stres i autentyczny strach. Nigdy tak się nie bałem, jak na początku rejsu.

Łódź miała być niezatapialna i niewywracalna. Wańka-wstańka.

Przy założeniu, że wraz z bagażem, prowiantem i załogą będzie ważyć do 850 kilogramów. Wówczas miała utrzymywać się na powierzchni nawet wypełniona wodą. Ale wszystkie łódki startujące w regatach – choć były robione zgodnie z dokumentacją – ważyły w okolicach tony. „Still Crazy II” z nami na pokładzie i w pełni zaprowiantowana ważyła trochę ponad tonę. Długo miałem w tyle głowy, że jak się położy, to może nie wstać. Zwłaszcza w drodze z Lizbony do Sagres, jeszcze przed właściwym rozpoczęciem rejsu, kiedy przez pogodę najbardziej dostaliśmy w kość. Było to tylko 140 mil morskich, ale przez okolicę, która jest rajem dla surferów. Fale były strome, wysokie (sięgające pięciu metrów) i kąśliwe. Nocą temperatura spadała do 5-8 stopni Celsjusza, a nam nie działał samoster, więc przez cały czas musieliśmy siedzieć w kokpicie.

Popłynęliście z niedziałającym samosterem?

Niesprawdzonym. Jak go sprawdziliśmy, okazało się, że ma kilka wad wrodzonych. W trakcie wyprawy parokrotnie go naprawialiśmy. Ostatecznie przerobiliśmy go na zupełnie nowy model i zaczął działać poprawnie.

Pierwsza część rejsu – z Portugalii na Wyspy Kanaryjskie – była krótsza, ale trudniejsza ze względu na warunki. Druga – z Kanarów na Martynikę – była długa, ale łatwiejsza, płynęliście ze sprzyjającym wiatrem. To były dwa rejsy w jednym?

Dla mnie to jedna zamknięta opowieść. Pierwszy etap był rozpoznaniem walką. Poznawaliśmy siebie i łódkę, którą przez ostatnie dwa lata budowałem z Piotrem Poprawskim (przyjaciel Adama Hamerlika nieoczekiwanie zmarł na niedługo przed startem rejsu; w ostatniej chwili zastąpił go Olek Hanusz – red.). Kiedy wylądowaliśmy na Kanarach, Olek relaksował się w koszulce z krótkim rękawem, a ja siedziałem w czapce i polarze. Trząsłem się z zimna. Tak ze mnie schodziły emocje. Przy drugim etapie miałem już większe zaufanie do swoich umiejętności i jachtu, ale to też nie była sielanka. Przez dwie trzecie trasy płynęliśmy z wiatrem wiejącym z prędkością 25-30 węzłów (46-56 km/h), a ja zastanawiałem się, kiedy coś się urwie i nasz maszt się położy – bo przecież musi się urwać. W przeciwieństwie do niektórych nie mam przekonania, że jak sam coś zbuduję, to będzie to najlepsze na świecie. Ale z każdym dniem zyskiwałem pewność, że nasza łódka jest niezniszczalna. W trakcie całej wyprawy złamał nam się jedynie pełzacz, maleńki plastikowy element, który wkłada się do masztu, a następnie przymocowuje się do niego żagiel. Wart jakieś 3 złote. Wymiana trwała całe 15 minut.

Jak żyje się w 5-metrowej łódce z kokpitem i kabiną, w której dwóch dorosłych facetów ma do dyspozycji 2 metry kwadratowe?

Ciasno. Musieliśmy nauczyć się żyć na tak małej przestrzeni. Dwóch facetów stanowi bardzo dużą część masy całej łódki. Gdy leżeliśmy na swoich burtach, płynęła bez zarzutów. Ale gdy chciałem zrobić kawę, a do tego musiałem usiąść, zmieniało się rozłożenie ciężaru i łódka zaczynała skręcać. Gdy któryś z nas szedł się załatwić i udawał się z wiaderkiem do kokpitu, to drugi nie mógł leżeć na swojej koi, lecz musiał znaleźć się z nim w tej samej osi. Potrzebna była idealna synchronizacja.

Jak spędzaliście czas na oceanie?

Sporo spaliśmy. Jeszcze więcej czytaliśmy. Mieliśmy audiobooki, czytnik i kilka egzemplarzy papierowych książek. W trakcie 26 dni, które zajęło nam przepłynięcie z Kanarów na Martynikę, przeczytałem 14 tytułów. Czytałem w zasadzie wszystko, co mi wpadło w ręce. Podczas wyprawy zamoczyliśmy laptopa, na którym mieliśmy filmy, książki i muzykę, i w efekcie pod koniec rejsu przeczytałem nawet instrukcje do wszystkich urządzeń, które mieliśmy na jachcie. Mieliśmy małe rytuały, które prowadziły nas przez kolejne dni.

Forbes: Mdli Cię na myśl o oceanie?

Adam Hamerlik: Skąd. Ciągnie mnie do wody. Zapisałem się na zajęcia do klubu wioślarskiego. Buduję kajak. Myślałem, że wypływam się na Atlantyku i będę miał dość na dłuższy czas, ale chce mi się pływać jeszcze bardziej niż przed rejsem.

Stresowałeś się przed wyprawą?

Tak, ale nie z powodu samego wyzwania, jakie nas czekało, lecz z uwagi na kwestie organizacyjne. Było ich tyle, że nie miałem czasu zastanawiać się nad przebiegiem rejsu. O godz. 10.00 miałem samolot do Lizbony, a jeszcze o godz. 8.00 załatwiałem ubezpieczenie łódki. Ostatecznie i tak nasz jacht ubezpieczony był tylko w porcie i 10 mil od niego. Potem płynęliśmy na własne ryzyko.

A podczas rejsu towarzyszył Ci stres?

Stres i autentyczny strach. Nigdy tak się nie bałem, jak na początku rejsu.

Łódź miała być niezatapialna i niewywracalna. Wańka-wstańka.

Przy założeniu, że wraz z bagażem, prowiantem i załogą będzie ważyć do 850 kilogramów. Wówczas miała utrzymywać się na powierzchni nawet wypełniona wodą. Ale wszystkie łódki startujące w regatach – choć były robione zgodnie z dokumentacją – ważyły w okolicach tony. „Still Crazy II” z nami na pokładzie i w pełni zaprowiantowana ważyła trochę ponad tonę. Długo miałem w tyle głowy, że jak się położy, to może nie wstać. Zwłaszcza w drodze z Lizbony do Sagres, jeszcze przed właściwym rozpoczęciem rejsu, kiedy przez pogodę najbardziej dostaliśmy w kość. Było to tylko 140 mil morskich, ale przez okolicę, która jest rajem dla surferów. Fale były strome, wysokie (sięgające pięciu metrów) i kąśliwe. Nocą temperatura spadała do 5-8 stopni Celsjusza, a nam nie działał samoster, więc przez cały czas musieliśmy siedzieć w kokpicie.

Popłynęliście z niedziałającym samosterem?

Niesprawdzonym. Jak go sprawdziliśmy, okazało się, że ma kilka wad wrodzonych. W trakcie wyprawy parokrotnie go naprawialiśmy. Ostatecznie przerobiliśmy go na zupełnie nowy model i zaczął działać poprawnie.

Pierwsza część rejsu – z Portugalii na Wyspy Kanaryjskie – była krótsza, ale trudniejsza ze względu na warunki. Druga – z Kanarów na Martynikę – była długa, ale łatwiejsza, płynęliście ze sprzyjającym wiatrem. To były dwa rejsy w jednym?

Dla mnie to jedna zamknięta opowieść. Pierwszy etap był rozpoznaniem walką. Poznawaliśmy siebie i łódkę, którą przez ostatnie dwa lata budowałem z Piotrem Poprawskim (przyjaciel Adama Hamerlika nieoczekiwanie zmarł na niedługo przed startem rejsu; w ostatniej chwili zastąpił go Olek Hanusz – red.). Kiedy wylądowaliśmy na Kanarach, Olek relaksował się w koszulce z krótkim rękawem, a ja siedziałem w czapce i polarze. Trząsłem się z zimna. Tak ze mnie schodziły emocje. Przy drugim etapie miałem już większe zaufanie do swoich umiejętności i jachtu, ale to też nie była sielanka. Przez dwie trzecie trasy płynęliśmy z wiatrem wiejącym z prędkością 25-30 węzłów (46-56 km/h), a ja zastanawiałem się, kiedy coś się urwie i nasz maszt się położy – bo przecież musi się urwać. W przeciwieństwie do niektórych nie mam przekonania, że jak sam coś zbuduję, to będzie to najlepsze na świecie. Ale z każdym dniem zyskiwałem pewność, że nasza łódka jest niezniszczalna. W trakcie całej wyprawy złamał nam się jedynie pełzacz, maleńki plastikowy element, który wkłada się do masztu, a następnie przymocowuje się do niego żagiel. Wart jakieś 3 złote. Wymiana trwała całe 15 minut.

Jak żyje się w 5-metrowej łódce z kokpitem i kabiną, w której dwóch dorosłych facetów ma do dyspozycji 2 metry kwadratowe?

Ciasno. Musieliśmy nauczyć się żyć na tak małej przestrzeni. Dwóch facetów stanowi bardzo dużą część masy całej łódki. Gdy leżeliśmy na swoich burtach, płynęła bez zarzutów. Ale gdy chciałem zrobić kawę, a do tego musiałem usiąść, zmieniało się rozłożenie ciężaru i łódka zaczynała skręcać. Gdy któryś z nas szedł się załatwić i udawał się z wiaderkiem do kokpitu, to drugi nie mógł leżeć na swojej koi, lecz musiał znaleźć się z nim w tej samej osi. Potrzebna była idealna synchronizacja.

Jak spędzaliście czas na oceanie?

Sporo spaliśmy. Jeszcze więcej czytaliśmy. Mieliśmy audiobooki, czytnik i kilka egzemplarzy papierowych książek. W trakcie 26 dni, które zajęło nam przepłynięcie z Kanarów na Martynikę, przeczytałem 14 tytułów. Czytałem w zasadzie wszystko, co mi wpadło w ręce. Podczas wyprawy zamoczyliśmy laptopa, na którym mieliśmy filmy, książki i muzykę, i w efekcie pod koniec rejsu przeczytałem nawet instrukcje do wszystkich urządzeń, które mieliśmy na jachcie. Mieliśmy małe rytuały, które prowadziły nas przez kolejne dni.

 

 

 

 

aaaabbbb to jest koniec notki

gif

output_dzzl5D

giphy